sobota, Grudzień 16, 2017
Strona główna > Polityka/historia > WYBORY W AUSTRII – 4.12.2016

WYBORY W AUSTRII – 4.12.2016

Najbardziej szalone wybory prezydenckie w Austrii od 30 lat.

Beata Dżon Ozimek

– I co oni ci zrobili? – mówi w wiedeńskim dialekcie starsza kobieta. Wyciąga z kieszeni jakiś papier i próbuje zetrzeć z plakatu wyborczego Norberta Hofera wąsik a la Adolf i swastykę.

11-miesięczna prezydencka kampania wyborcza w Austrii jest zakończona. Tylko na plakatach i w internecie widać sympatie i antypatie wyborców. W niedzielę 4 grudnia dojdzie do powtórki drugiej tury wyborów z 22 maja, którą Trybunał Konstytucyjny wstępnie zarządził na 2 października. Odbędą się teraz z powodu nieklejącego kleju w kopertach dla głosujących korespondencyjnie.

Gładkie, silące się na natchnione oblicze Norberta Hofera z Partii Wolności (FPO), nacjonalisty, eurosceptycznego populisty, z hasłem „Tak mi dopomóż Bóg”, często na plakatach przyozdobione jest symbolami III Rzeszy. Faktem jest, że twórcą FPO w 1956 r. był dawny członek NSDAP i SS. Drugi kandydat, niezależny, wywodzący się i wspierany przez Partię Zielonych Alexander „Sasha” Van der Bellen ma często na plakatach wydrapane oczy i dopisane: „Zielony staruch” czy „Przyjaciel muzułmańskiego potopu”. To reakcje na opowiadanie się po stronie praw człowieka i migrantów, na sympatię dla UE i brak „dostatecznej troski o Austrię dla Austriaków”.

Wybory rozpalające emocje

Pierwszy raz w 41-letniej historii jednego z najważniejszych opiniotwórczych tytułów austriackich – tygodnika „Profil” – redakcja wskazuje wyraźnie i jasno, kto powinien zostać następnym prezydentem. Zwykle magazyn ukazuje się w niedzielę, ale ten numer, z okładką „Dlaczego Alexander Van der Bellen byłby odpowiednim prezydentem” z uzasadnieniami i połową numeru poświęconą tym „najbardziej szalonym wyborom”, ukazał się już w piątek. Redakcja podkreśla, że to najbardziej emocjonujące wybory od czasów Kurta Waldheima, który został prezydentem 30 lat temu. Wtedy chodziło o jego przeszłość, dziś idzie o przyszłość Austrii.

W czwartkowy wieczór odbył się pojedynek kandydatów w publicznej telewizji kończący brutalną, brudną, prowadzoną głównie w sieci kampanię wyborczą. Gorąco komentowany, choć ostatecznie niewiele znaczący dla zdecydowanych już wyborców. Niemniej nazwanie sto razy Van der Bellena kłamcą, do tego komunistą i wschodnim szpiegiem, przez agresywnego Hofera zniesmaczyło wielu. Polityczni komentatorzy nazwali to wyjściem ze skóry baranka i pokazaniem prawdziwej twarzy, pójściem w ślady Trumpa – walić i się nie tłumaczyć.

W narożnym Bajzlu, lokalnej knajpce w 3. Dzielnicy, emocje buzowały, ale wiedeńczycy już dawno wyrobili sobie zdanie, wielu z nich to wyborcy socjaldemokratów i populistów: „Na, Hofera oczywiście, ten zielony nam tu muzułmanów ściąga”, „Eee, za stary, nie mój typ. Hofer się piwa napije, tamten tylko wino. I żona nie będzie pracować, jak zostanie prezydentową, wierzący, młody”.

Johannes, emeryt, stały gość, przyznaje, że zawsze wybiera „niebieskich” (FPO). „Van der Bellen jest niesympatyczny, to nie mój typ” – to najczęstsze odpowiedzi, jeśli się już ktoś przyzna, że zagłosuje na Hofera.

Imigranci wybierają Van der Bellena

Polki mieszkające w Austrii, członkinie założonego w 2015 r. Kongresu Kobiet Polskich, jeśli już się przyznają do wyborczych preferencji i mogą głosować, to jest to Alexander Van der Bellen. Polscy katolicy, chodzący co niedziela do polskiego kościoła na Rennweg, nie wypowiadają się wprost, choć wielu z nich dzieli nacjonalistyczne poglądy pełne lęku wobec obcych z Polakami w kraju.

90-letni prof. Theodor Kanitzer, prezes Towarzystwa Austriacko-Polskiego, Międzynarodowego Towarzystwa Chopinowskiego w Wiedniu i Międzynarodowej Federacji Towarzystw Chopinowskich, już podczas pierwszej tury wyborów wyrażał swoje obawy możliwym zwrotem ku populistycznemu nacjonalizmowi i popularnością Norberta Hofera. Wiele osób podkreśla, jak drugie czy trzecie pokolenie imigrantów z Turcji i Serbii, że „Sasha” nie jest spełnieniem ich marzeń, ale w żadnym wypadku nie przyłożą ręki do wyboru Hofera na prezydenta, a potem – Strache na kanclerza.

To droga do państwa autorytarnego, policyjnego. Tak już się dzieje w Polsce i na Węgrzech, tak jest w Rosji – mówi Sirvac.

Intelektualiści imigranci, artyści, których wielu pochodzi z Iranu, nie mają wątpliwości – Van der Bellen. Tak jak podzielone jest społeczeństwo, często podzielone są rodziny i wolą o tym nie rozmawiać.

Polsko-austriacka rodzina: dziennikarka Jaga i jej mąż Otto, różnią się w poglądach. Jemu bliżej do populistów. Z zaskoczeniem i szacunkiem przyjęłyśmy, że nie będzie głosował na Hofera.

To nie jest format polityka na prezydenta, to polityk wyciągnięty „z szuflady”, żadna klasa. Mnie nie jest obojętne, na kogo głosuję. Ani jeden, ani drugi kandydat mi nie odpowiada – przyznaje Otto, a takich jest wielu.

Inna rodzina ze Schwechat pod Wiedniem – prawicowo zorientowani, konserwatywni, trzech dorosłych synów, każdy ma żonę nie-Austriaczkę. Ten z Węgierką zagłosuje na Van der Bellena, drugi, rozwiedziony niedawno z Turczynką, na Hofera, „mam dość muzułmanów” – mówi.

Trzeci, żonaty z Polką, ma dylemat. Może nie pójść do wyborów, bo kandydaci mu nie odpowiadają, z drugiej strony czuje odpowiedzialność za państwo, w którym jego dziadek dał się zamknąć w domu wariatów, by nie iść do wojska, do Wehrmachtu i nie zabijać wbrew przekonaniom, i to każe mu głosować na kandydata Zielonych. Politycznie zaangażowana córka nie wybaczyłaby mu, gdyby nie zagłosował na Van der Bellena.

O dziwo, kilku bezdomnych korzystających z pomocy noclegowni, opieki i darmowych posiłków woli świat rządzony prosto i głosowałoby za Hoferem. Któryś powiedział, że „za ciasno się robi przez tych uchodźców”.

Wielodzietna rodzina z Górnej Austrii, Beate i Christian, którzy rok temu udzielili schronienia rodzinie uchodźców z Afganistanu, pomagają się im integrować i ułożyć sobie życie, głosują na „Sashę”. Są wierzącymi, praktykującymi katolikami, członkami parafii, w której pracuje polski ksiądz. Nie przeszkadza im to, że prezydent byłby agnostykiem.

Przekonuje nas swoją otwartością na prawa człowieka, zresztą nigdy nie głosowaliśmy na nacjonalistów. Wiara to osobista sprawa – mówią.

Urodzona w Polsce Austriaczka od roku wychowuje samotnie dwóch chłopców. 10- i 11-latek są dziećmi uchodźców, które zgubiły się lub pożegnały na zawsze z rodzicami podczas wielomiesięcznej wędrówki. Jeden jest z Afganistanu, drugi z Syrii. Iga jest ich matką zastępczą, do czasu aż znajdzie się ich rodzina. Nie ma wątpliwości, na kogo głosować, tłumaczy chłopcom, kto jest kim i po co to wszystko. Pójdą z nią w niedzielę, żeby się uczyć, że mogą wpływać na swoje losy. Zagłosują na Alexandra Van der Bellena.

Wielodzietna rodzina z Górnej Austrii, Beate i Christian, którzy rok temu udzielili schronienia rodzinie uchodźców z Afganistanu, pomagają się im integrować i ułożyć sobie życie, głosują na „Sashę”. Są wierzącymi, praktykującymi katolikami, członkami parafii, w której pracuje polski ksiądz. Nie przeszkadza im to, że prezydent byłby agnostykiem.

Przekonuje nas swoją otwartością na prawa człowieka, zresztą nigdy nie głosowaliśmy na nacjonalistów. Wiara to osobista sprawa – mówią.

Urodzona w Polsce Austriaczka od roku wychowuje samotnie dwóch chłopców. 10- i 11-latek są dziećmi uchodźców, które zgubiły się lub pożegnały na zawsze z rodzicami podczas wielomiesięcznej wędrówki. Jeden jest z Afganistanu, drugi z Syrii. Iga jest ich matką zastępczą, do czasu aż znajdzie się ich rodzina. Nie ma wątpliwości, na kogo głosować, tłumaczy chłopcom, kto jest kim i po co to wszystko. Pójdą z nią w niedzielę, żeby się uczyć, że mogą wpływać na swoje losy. Zagłosują na Alexandra Van der Bellena.

/Beata Dżon. Artykuł ukazał się 3.12.2016 w Gazecie Wyborczej/