poniedziałek, Lipiec 16, 2018
Strona główna > Literatura > BEATA DŻON-OZIMEK, FELIETON.

BEATA DŻON-OZIMEK, FELIETON.

Polska Adrianem narodów.

Tydzień do świąt i narodzin Jezusa. To będą moje pierwsze święta w nowej relacji wobec katolickiego kościoła, któremu się jeszcze uważniej przyglądam, tak w Polsce jako i w Austrii. Dwa kulturowo odległe światy, dwie dalekie od siebie religijne, choć wciąż katolickie krainy. Kardynał Schoenborn brzydko robi, wg polskich głosów z prawicy, że wpuszcza gejów, baby z brodą, środowiska homoseksualne do katedry, do kościołów, że ich nie potępia i nie kieruje na przymusowe leczenie. Politycznie Polska i Austria mają też pewną ilość stycznych, więcej, niż chciałoby się głośno przyznać. Choćby „na prawo, narodowo patrz!” Austria najmłodszego kanclerza, a my najmłodszego w historii premiera, choć nasz bez charyzmy, z historyczną podmurówką i podobnym temperamentem w przemówieniach, co poprzedniczka, premier Szydło. Może zna więcej cytatów z lektur. Nadzieje na wykorzystanie językowych umiejętności (czytaj: języków obcych) i dawnych znajomości podczas debiutanckiej wizyty w Brukseli, jak z prezydentem Macronem, spaliły na panewce. Przecież trzeba skrócić pobyt, ważniejsze jest… no właśnie, co? Jakieś tajne dokumenty do czytania, przy trzech polskich placówkach dyplomatycznych obok, w Brukseli, gdzie można to wszystko uczynić… albo… nie wiadomo co. O sprawy polskich imigrantów w Wielkiej Brytanii miał się martwić Węgier, pan Orban. Przecież polski premier prosi, żeby imigranci wracali i nie będzie kłopotu z jakimiś Polakami za granicą i ich prawami. Dla Donalda Tuska, szefa Rady Europejskiej, który go zapraszał do siebie, nie znalazł czasu, nawet na „nie, dziękuję”. Nowy premier najpierw składa meldunek w TV Trwam. A TVN dostaje karę 1,5 miliona złotych, bo ekspertka ze szkoły medialnej Rydzyka naskarżyła posłusznej Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.

Dobrze, że jest jeszcze teatr, 10 festiwal Boska Komedia w Krakowie, pod hasłem „Teatr w ruinie”. Jednym ze spektakli był Proces Krystiana Lupy, nieco ponad 6 godzin teatru. Ciężka praca aktorów, „aktorów Lupy”, bo z nim wybrańcy się rozwijali, grają, starzeją, ufają i przyjaźnią. Na takim etapie zażyłości ludzko-artystycznej można sobie robić kawały, podśmiechiwać z siebie, tęsknić do gadulstwa reżysera, kiedy się obrazi i zamilknie. I pozwolić mu się aktorsko używać bez granic, z miłości, zaufania, i oddawać wielogodzinnemu graniu. A my, widzowie, także bez powodu nie staralibyśmy się, jadąc wiele godzin do Krakowa, spotkać się z sensualną, męczącą, drążącą w nas nowe korytarze świadomości kreacją Krystiana Lupy. Dając także wyraz zaufania do artysty, jego wrażliwości i wreszcie, traktując udział w spotkaniu w teatrze jako polityczną demonstrację. Po dewastacji Teatru Polskiego we Wrocławiu Lupa nie zgodził się na kadłubek sztuki pod nowym dyrektorem teatru, odszedł. Tak, jak odszedł rdzeń aktorów tego teatru. I spotkali się gdzie indziej, bezdomni teatru. Tramwaj do Nowej Huty do teatru Łaźnia Nowa pełen był wędrowców teatralnych z plecakami, torbami, w dżinsach, w eleganckich płaszczach, na obcasach i w glanach. Nie musieliśmy pytać o drogę do teatru, wystarczyło się włączyć w ciągnący tłumek. To budujące i smutne zarazem, uciekamy w teatr, nasze protesty z ulicy, spod sejmu tracą siłę, tracimy w nie wiarę. Teatr to nasz obywatelski bunt. Płacimy dużo za bilety, walczymy o nie czy załatwiamy jakiejś wejściówki, traktujemy to jako wsparcie dla nieuznawanych przez aktualne siły polityczne artystów, z drugiej strony czujemy się usprawiedliwieni, że „tyle” przez to zrobiliśmy dla ratowania ustroju. Tyle nam zostało, tak czuje wiele osób.

Niektórzy pilnie uczą się norweskiego. Młoda położna będzie odbierać za znakomite pieniądze norweskie porody, jej mąż informatyk siłę swojego umysłu sprzeda nie w Polsce. A pan premier uważa, że polscy imigranci wrócą. Nie widzi tych, którzy się pakują i wieją z kraju władzy kościoła, kpin z marzeń młodych lekarzy o godnym życiu, dziennikarzy, którym zamyka się gęby i zabiera pióra, bo organy państwa dręczą karami ich pracodawców, wymęczonych, zdezorientowanych nauczycieli. Moi przyjaciele po świętach wieją do Hiszpanii, nie dość, że cieplej, to taniej, mogą pracować na odległość i nie oglądać politycznych polskich jatek. A prezydent Duda pracowicie składa modły przy ołtarzu bursztynowym w kościele św. Brygidy kontrowersyjnego, kochającego bogate scenografie śp. księdza H. Jankowskiego. Witany jest kolędą z tekstem specjalnie dla niego:

Stoją ludzie pod kościołem w rozpaczy. Czy dla pana wolność sądów coś znaczy? Głos zabierz prezydencie, Polska jest na zakręcie. Nadszedł czas, nadszedł czas!”, melodia Przybierzeli do Betlejem.

Memento na święta i Nowy Rok: Koniec świata wartości, polsko-angielski tom rozmów Krystiana Lupy i Łukasza Maciejewskiego. Wspaniałe, głębokie, zabawne, autoironiczne, z dystansem do siebie a powagą i szacunkiem wobec człowieka. Rozmowy pełne przyjaźni i znowu: szacunku. Tego na co dzień brakuje w życiu publicznym: szacunku dla innych, dla siebie, dla inności, słabości, dla odrębności, które nie muszą przeszkadzać w porozumieniu.

Takie, pełne bliskości i przyjaźni było spotkanie autorskie z wianuszkiem, wiankiem właściwie „lupowych” aktorów, Piotra Skiby, Haliny Rasiakówny, Leszka Piskorza i kilkunastu innych, z Wrocławia, Krakowa, Warszawy, i z nami, widzami, a przecież także przyjaciółmi.

A, proszę państwa, widziałam Psa. W filmie Czkawka, eksperymentalnej etiudzie studenckiej z 1970 w reżyserii Haakona Sandoya. Krystian Lupa w jednej z głównych ról, obok – Ryszard Terlecki, prawa ręka Prezesa, wierny przyboczny, znany dawniej w kręgach studenckich jako Pies. Pierwszy hipis Krakowa, wolny, pięknie pił, palił, tańczył. Dziś też jak pies, wierny panu. Dostał specjalne, gorzkie brawa publiczności.

Taki mamy klimat. To cytata z poprzedniego ustroju, co prawda o zimie, ale politycznie chwilowo nie ma czterech pór roku. Czeka nas długa zima i wielkie zapóźnienia do odrabiania za jakiś czas. Buble prawne szybciutko i sprawnie produkuje sejm, senat, a podpisuje notariusz w pałacu prezydenckim. Święta Bożego Narodzenia nie dają mi nadziei. Polska Adrianem, a nie Chrystusem narodów. Adrianem w poczekalni Unii Europejskiej.

Didaskalia: Adrian, postać, kojarzona z prezydentem RP, w kabaretowym serialu political fiction „Ucho Prezesa”. Spędza czas w poczekalni Prezesa, wiecznie czeka na audiencję.

Beata Dżon Ozimek