wtorek, Listopad 19, 2019
Strona główna > Polonia w Austrii > ARTYKUŁ BEATY DŻON-OZIMEK W ANGORZE: STRACONE ZŁUDZENIA.

ARTYKUŁ BEATY DŻON-OZIMEK W ANGORZE: STRACONE ZŁUDZENIA.

Stracone złudzenia

Na kolanach leży „Gość Niedzielny”. W „Gościa” włożony jest inny tygodnik. Czytanie „niekatolickich” pism nie jest w polskim kościele przy Rennweg w Wiedniu mile widziane.

25-letni kościelny przez niemal cztery lata otwierał i przygotowywał kościół Polskiej Misji Katolickiej do mszy; zapalał świece, napełniał kielichy, rozkładał obrusy, szykował wodę święconą, puryfikaterze, szaty liturgiczne; ubierał w nie i rozbierał księży. Każda niedziela to 8 mszy, czternaście i pół godziny pracy z przerwą na obiad. Za tę służbę dostawał od rektora (odpowiednik proboszcza) 100 euro, od końca 2018 miało być o 10 euro więcej; ok. 7 euro za godzinę. Jakub Łęczycki, były już kościelny, zakrystianin w tygodniu studiuje śpiew na wiedeńskiej Akademii Muzycznej. Dostał się za pierwszym podejściem, jako jeden z 12 śpiewaków na 274 kandydatów. W szkole muzycznej w Nowym Sączu był bohaterem – pierwszy student uczelni zagranicznej. Zdążyła się tym jeszcze ucieszyć mama Jakuba; krótko potem zmarła. Była bardzo ważną osobą dla Kuby. Pozostał mu w Polsce kochający tata, rodzeństwo, w Austrii – przyjaciele z uczelni – Ukrainiec, Ormianka, Kurd…

Jakub stara się sam utrzymać. – Mogłem pracować tylko w niedziele, miałem tyle zajęć na uczelni. Nawet w soboty miałem próby.  Jako katolik z Małopolski nie wyobrażał sobie niedzieli bez mszy, tak poznał byłego rektora PMK. – Usłyszałem na początku „jesteś młodym człowiekiem, pięknie śpiewasz, chcę ci pomóc” i dostałem tę pracę w kościele – mówi Łęczycki. Ale potem nastał inny rektor, znany z nadzwyczajnej oszczędności. Mówią na niego „Wąż”.

Jakub miał też inne obowiązki: czytania, śpiewanie, czasami służbę jako ministrant, zbieranie datków, także nadzwyczajnych np. przy święceniu samochodów czy innych kwest. – Nieraz słyszałem, że śpiewem ubogacam mszę. Robiłem to, bo lubiłem. Ludzie mnie uwielbiali. Panie sprzątaczki mówiły „panie Jakubie, ja nieraz przychodzę do Austriaków, nie umiem po niemiecku mówić i czuję, że jestem nikim, ale jak wiem, że mamy tu taką zdolną młodzież, to się cieszę, że są takie osoby jak pan.” Dodawało mi sił, że jestem dla niektórych pokrzepieniem serc – przyznaje Łęczycki, pełen staroświeckiego szacunku wobec starszych osób. Potem znalazł pracę w ogrodach; z pieniędzmi z kościoła starczało mu na skromne utrzymanie. Dopóki nowy rektor nie uznał,  że kościelny musi pracować za darmo.

Najbardziej dochodowy kościół w Wiedniu

Wierni wsłuchiwali się w śpiew Jakuba; czuli się jak w operze czy sali koncertowej, której w życiu nie odwiedzili. Od początku 2019, tydzień po tygodniu, odbiera mu się niedzielne obowiązki. Ma nie przychodzić, bo pan X, pan Y pracują za darmo. Zostaje z niewielką wypłatą, za którą nie jest w stanie związać końca z końcem. Ma sobie „odebrać” posługi niedzielne w wakacje, kiedy inni są na urlopach. Nie otrzymuje należnych pieniędzy, zamiast

i tak symbolicznych uzgodnionych 110 euro proponuje mu się 100 euro; czuje się oszukany, upokorzony. – Jestem artystą, dla  mnie pieniądze nie są dominującą wartością, tu chodzi o godność. W Polskiej Misji Katolickiej człowiek świecki ma tyrać za grosze, nie zadawać niewygodnych pytań np. o lustrację księży, o pieniądze, nie czytać innej prasy poza katolicką. Nie widzieć, nie słyszeć; milczeć – wylicza poruszony student śpiewu. Czuł się tam perłą rzuconą między wieprze.

– To jest najbogatsza parafia, jeśli chodzi o „tacę” w całej archidiecezji wiedeńskiej. Kościół austriacki jest bogatszy pod względem dochodów z nieruchomości – mówi jeden z księży, anonimowo. Nietrudno to wyliczyć, 8 mszy w niedzielę to 3-4 tysiące euro, kiepska niedziela w wakacje przynosi 2800 do 3200 euro. W święta wpada po 5,5 tysiąca. A trzy dni rekolekcji z „dobrym” prowadzącym przynosiły do 11 tysięcy euro. Na „tacy” kościelnego bywały setki, banknot 500 euro.

Chorobliwa oszczędność

Jakub za poprzedniego „szefa” przychodził do kościoła o siódmej rano, dostawał umówione pieniądze z góry. Puryfikaterze, ręcznie wyszywane ręczniczki do obmywania kielichów, ornaty, obrusy oddawano kiedyś

do pralni. – Teraz panie, co odmawiają różaniec, krochmalą, prasują w domach, żeby ksiądz mógł sobie codziennie świeżym ręczniczkiem usta wytrzeć. Wcześniej pani sprzątała kościół szarym mydłem, żeby nie było zacieków na marmurach; robiła zakupy, gotowała. Poprzedni ksiądz ją jedyną ubezpieczał, płacił jej pensję. „Nowy” dołożył jej tyle obowiązków, że odeszła z płaczem dwa lata przed emeryturą – oburza się Jakub.

W kościele piasek, brudna podłoga. Emeryt sprzątał za darmo; przez pół roku pracy nikt mu nie zrobił nawet kawy, kanapki. Ksiądz odprawił mu mszę w intencji rodziny: w tygodniu, po niemiecku, przy niemal pustym kościele. Na jednej mszy, za 4 osoby. Na świecach też się oszczędza; palą się te płatne pod Matką Boską, „zatrudnioną do roboty”, jak tu mówią.

Kucharka ma dziś 5 godzin na pranie, prasowanie, sprzątanie sal i plebanii. Poplamione obrusy się przekłada; w obsikanej toalecie smród, nie ma papieru, chyba że prywatnie ktoś kupi. W kościele stoją przywiędłe kwiaty, czasem wierna przynosi mieczyki po 20 centów prosto z pola. Na Wielkanoc zebrano od pań z „żywego różańca” sporą kwotę na białe kwiaty do grobu Jezusa. Bały się zapytać, czemu przy grobie znalazły się kolorowe wiązanki, wręczone w Wielki Czwartek „pasterzom”.Poraziło mnie też to, że zdarzało się słyszeć tajemnicę spowiedzi innych wiernych.

Dziecko Kościoła po aborcji duchowej

28 lipca br. kościelny,  zarazem zakrystianin, Jakub Łęczycki przestał służyć w Polskiej Misji Katolickiej w Wiedniu. Informuje o tym Prowincjała Zakonu Zmartwychwstańców w Krakowie w poruszającym liście. Po 4 latach pracy dla Państwa firmy „Zmartwychwstańców” nie wierzę już w moralność ani uczciwość w Kościele tym bardziej w szacunek do pracowników, którymi się pomiata i oszukuje finansowo. Nigdy bym komuś nie uwierzył, ale sam to przeżyłem. To nie tyczy się tylko mnie (…)”. Jakub pisze dalej o młodym pokoleniu katolików: „(…) Jesteśmy wolni, odważni i szczerzy – chcemy Kościoła Chrystusowego. Zgodnie z kanonicznym prawem (Kan. 212§3) poinformował prowincjała jako przełożonego księży z PMK o faktach publicznie znanych oraz o problemach, które dotykają ludzi z nimi współpracujących. Prosi o rozmowę w neutralnym miejscu.

Otrzymał propozycję spotkania w … kancelarii kościoła. I takie słowa: Zastanawiam się również nad tym, czego Pan oczekuje ode mnie podczas spotkania? Jakie niby miałyby być konsekwencje? Jakim prawem mam je Panu zaproponować podczas rozmowy!!!!” (pisownia oryginalna).  25-latek zrozumiał, że nie może liczyć „na pasterską i dobrotliwą rozmowę”.

„Przed czterema laty przyszedłem na Rennweg jako bogobojne i pełne wiary dziecko Kościoła, dzisiaj po „duchowej aborcji” dokonanej przez Księdza (…) nie mam złudzeń ani wątpliwości. (…) dziękuje za otwarcie mi oczu.”

Polskie wychowanie i kryzys tożsamości

Emigracja stała się dla Jakuba nie tylko „utratą niewinności” jako katolika. – Doznałem szoku, odczułem kryzys tożsamości. Po polskim wychowaniu wszystko, co polskie jest najwspanialsze, polska historia jest bez skazy, my to jedyny umęczony naród na świecie, jak Chrystus. Na piwie z Irlandczykiem, dowiaduję się, że oni przeżyli podobny koszmar. Mam przyjaciela, śpiewaka, Turka, który jest Kurdem i nie ma kraju. Za granicą zrozumiałem, że ktoś mi coś wcisnął w szkole – przyznaje Jakub.

W jego domu zawsze czytano prasę, jednym z tytułów była Angora. – Po lekturze pism katolickich w kościele, pełnych polityki, nienawiści do „innych”, sięgnąłem po Angorę. Olśniła  mnie szerokim spojrzeniem. Rzeczywistość nie jest czarno-biała, jest kolorowa, bo tacy jesteśmy my, ludzie. Jak ksiądz zobaczył, że czytam Angorę mówił, że to „pranie mózgu” za „niemieckie pieniądze”, więc chowałem ją w „Gościa Niedzielnego” – przyznaje Jakub.

Trudno mu się z tym wszystkim pogodzić, jako katolikowi i jako wrażliwcowi, pełnemu ideałów. – Dzisiaj jestem szczęśliwy – nie mam nic wspólnego z polskim kościołem. Pracuję u Tyrolczyka, który podkreśla, że wszyscy ludzie są tacy sami.

Beata Dżon Ozimek

KOMENTARZE

Ten komentarz na prośbę adresatki usunęliśmy.

/Nazwisko i adres do wiadomości Red./

 *********

Szanowny Panie Jakubie, jako katolickiemu księdzu jest mi poprostu wstyd i przykro za to jak Pan został potraktowany i jakiego „pseudo Kościoła” Pan doświadczył. Niestety ksiądz Waz potrafi oszukać nawet innych polskich księży. Ale jego poprzednik nie był o wiele lepszy.

Polski Kościół jest nie tylko w kryzysie, Polski Kościół niestety nawet się jeszcze nie obudził, że dryfuje na manowce pogaństwa. To upolitycznienie i udział w podziale polskiego społeczeństwa to grzechy za które przyjdzie dopiero zapłacić. Jako kapłan polskiego pochodzenia, ale Archidiecezji Wiedeńskiej bardzo Pana przepraszam!

Prowadzę parafię niemieckojęzyczną w … Bezirku z równoległym polskim duszpasterstwem. U mnie panują zupełnie inne klimaty i zasady. Kościół na Rennwegu to po prostu parodia.

Jako chrześcijan przepraszam Pana i życząc dużo dobrego w życiu mam nadzieję, że te przykre doświadczenia nie oddalą Pana od Boga.                                                                                                                   /adresat znany redakcji/