sobota, Październik 21, 2017
Strona główna > Varia > ZBIGNIEW WODECKI NIE ŻYJE

ZBIGNIEW WODECKI NIE ŻYJE

Nie żyje Zbigniew Wodecki, kompozytor, multiinstrumentalista i jeden z najpopularniejszych polskich wokalistów. Miał 67 lat, cały czas koncertował. Dwa tygodnie przed śmiercią doznał udaru.

Krzesimir Dębski podkreśla, że Zbigniew Wodecki był wszechstronnie uzdolnionym muzykiem:

– Sam komponował i nagrywał swoje utwory. Grał nawet najwyższe trąbki, przy których inni nie dawali rady – chwali kompozytor. – Trąbka to bardzo trudny instrument, trzeba cały czas trenować. On właściwie nie ćwiczył, a był lepszy od zawodowców. Do tego był klasycznym skrzypkiem, jako młody chłopak został koncertmistrzem w krakowskiej Radiowej Orkiestrze Symfonicznej. Potem zaczął śpiewać i od razu wyrobił własny, rozpoznawalny styl. Przez lata go wzbogacał, rozwijał repertuar, a jednocześnie zachowywał swój charakter.

Takich talentów Zbyszek miał wiele. Za cokolwiek się brał, robił to fantastycznie. W latach 80. poproszono go, by zaśpiewał dwa utwory Mieczysława Fogga w „Kronice wypadków miłosnych” Andrzeja Wajdy. Filmowcy nie chcieli odtworzyć muzyki ze starej płyty, bo by trzeszczała, a brzmienie miało być świeże.

Przyszedł i od razu zaśpiewał idealnie. Nie sparodiował, ale właśnie zaśpiewał Fogga. Tak dobrze, że to nagranie potem z powrotem postarzono, żeby pasowało do przyzwyczajenia widzów.

Prywatnie był niebywale ciepłym, życzliwym człowiekiem. Nigdy nie widziałem go w złym nastroju. Był kopalnią anegdot, jeździł po całym świecie – najpierw z Ewą Demarczyk, z zespołem Anawa, potem ze swoimi programami. Jednocześnie był skromny. Pamiętam, jak zaczynał nagrywać i prosił mnie, żebym grał na skrzypcach. Mówię mu: „Przecież jesteś fantastycznym skrzypkiem!”. Odpowiedział, że może coś podpowiem, żeby było bardziej jazzowo. Tak samo wypytywał o aranżację, bo studiowałem kompozycję, a on nie. Coś mu mówiłem, ale widziałem, że to bez sensu. On to już instynktownie wszystko czuł.

Zbyszek ciężko pracował, ciągle jeździł, grał koncerty po całej Polsce. Potrafił jednego dnia przejechać samochodem z Ustki od Przemyśla. Jak zatrzymywała go policja, dawał im płytę.

Za którymś razem policjant spojrzał i mówi: „A nie, Wodecki, to nie lubię”.

Sam to opowiadał, miał do siebie dużo dystansu.

To straszna strata. Powinien jeszcze wiele lat grać.