piątek, Listopad 24, 2017
Strona główna > Literatura > BEATA DŻON-OZIMEK – FELIETON BEZ TYTUŁU

BEATA DŻON-OZIMEK – FELIETON BEZ TYTUŁU

Uzgodniłyśmy z red. Jagą Hafner, że startujemy z cotygodniowymi felietonami na internetowych łamach Jupitera. Tymi w polskim znaczeniu, nie w tradycji niemieckojęzycznej prasy. Dzień dobry zatem dzisiaj z Kępna, miasteczka na granicy Wielkopolski, Opolszczyzny i tylko godzinę drogi od Wrocławia. Przez trzy dni ostatniego sierpniowego weekendu można tutaj było zapomnieć o aktualiach polskiej krzykliwej polityki, pouczającej europejskich polityków ustami pani premier, ostatecznie jednak nie nazbyt doświadczonej samodzielnością (może poza skuteczną kampanią obecnego prezydenta RP) polityczki. W niewielkim, wielokulturowym Kępnie można było poczuć przyjazne spotkania z Niemcami (kilkudziesięcioosobowy chór Zamirchor, śpiewacy, przedstawiciel magistratu z Bayreuth, który ze sceny oświadczył, że kocha Polskę i umówiliśmy się, że będzie nosić kupiony przez siebie T-shist z „I love Poland” przynajmniej raz w tygodniu). I piękne spotkania ocalonej „Antośki”, Ruth Pardess, dziś z Izraela, ocalonej z getta w Samborze dziewczynki, uratowanej dzięki Alojzemu Plewie ze wsi Kliny pod Kępnem, Sprawiedliwemu wśród Narodów Świata, z potomkami swojego wojennego opiekuna i nami, obcymi, cieszącymi się z tego, że jest, że jej się udało przeżyć, jej dobroczyńcom także. Jej marzeniem przez lata był przyjazd tu, do miejsca, ludzi, którzy dali jej schronienie, spotkanie z wnukami, bliskimi, by powiedzieć jedno słowo ”dziękuję”.

Nie przyjechała sama, ba, jej przyjaciele, chórzyści kilku chórów z Gittit, Matte Asher, Misgav liczyli z siedemdziesiąt osób, do tego świetny dyrygent Issak Tavior. Zagrali  filharmonicy kaliscy i miejscowy chór Cantamus. Tak, 75 lat temu Antośka zjawiła się w Kępnie i po 75 latach wróciła. Piszę o tym, bo ile radości płynęło z tych polsko-niemiecko-izraelskich spotkań w ramach Festiwalu Trzech Kultur, z mieszkańcami, dzieciakami, starszymi poczuł ten, kto tu był. I dzieci ocalonych Żydów, protestanci, którzy od katolików przez trzy stulecia wiele doznali, ale przechowali swoją wiarę mimo nakazu rozebrania kościoła i innych trudów, pokazują historię bez chęci zemsty, przystawiania pistoletów do głowy warszawskiego powstańca, jak kibole to uczynili na warszawskim stadionie ku uciesze niektórych polityków.

„Na dole”, w codziennym życiu inaczej się dzieje, człowiek z człowiekiem się spotyka, rozmawia, je kaszankę, ogórki małosolne, żurek, zapija jabłkowym sokiem i cieszy się rozmową. Kiedy jedni ze scen krzyczą, także w Kępnie „to byli Nieeemcy, Nieeeemcy, pamiętajmy”, inni mówią, także w Kępnie „pamiętajmy, ale budujmy wspólnie”, to wolę tę drugą wersję. Kiedy wspólna modlitwa katolickiego księdza, pastora i rabina znowu staje się kazalnicą dla katolickiego duchownego, to proporcje nie grają. Podobnie, kiedy reprezentant MSZ po cudownym tańcu polskich dzieciaczków po warsztatach tańca z ocaloną „Antośką”, tancerką, psycholożką, ciepłym człowiekiem, którego całe Kępno chciało utulić, po koncercie muzycznych radosnych sił polsko-izraelsko-niemieckich tenże polityk ze sceny przypomina, że Polsce żaden europejski polityk nie będzie mówić, co ma robić, to znowu odczuwam dysonans. Nie ja jedynie, a część Kępinian także.

Nieszczęście się stało: gwałt, pobicie w Rimini, Polacy są ofiarami, sprawcami ciemnoskórzy imigranci. Nieszczęście, straszna rzecz w wymiarze indywidualnym. Bardzo smutne. Jakiż jednak świeżutki oręż dla polityków: puszą się rządzący, że Polska pokazuje jak być powinno, bo tu żaden imigrant nie zgwałci polskiej kobiety, bo ich nie ma, i tak trzymać, nie wpuszczać. I surowo karać, najlepiej w Polsce sprawiedliwości Ziobry i Jakiego. Jakże  dziennikarze publicznej TVP w rozmowach nie słuchają polityków, posłów z opozycji, że to nie jest wyjście, nie wpuszczać, nawet kobiet i dzieci, huuh, zagłuszają słowotokiem, wpychają w brzuch dziecko „tego chcecie? Tego co w Rimini?” Inni chcą jeszcze broni palnej dla wszystkich Polaków, bo jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych narodów/krajów świata. I będzie porządek. I amen(t).

Inny smutek. Odszedł Grzegorz Miecugow. Krakowski inteligent w Warszawie, pono biegał po Krupniczej w portkach syna „Kisiela”, co to po nim je zdzierał końcem lat 50.tych. Dziś cały on był „Innym punktem widzenia”, jak brzmiał tytuł jego rozmów z ciekawymi ludźmi, ach jakże to „ciekawi” się zdążyło zbanalizować, ale nie u Miecugowa.

Właśnie, rozmów. Gdzie się pyta, słucha, z szacunkiem, zaciekawieniem człowiekiem. Miecugow, filozof pełen humoru nie wprost. Nie spiżowy, a ludzki, z poglądami. Jego koledzy podkreślają, że z nim się chciało po prostu pogadać, porozmawiać, jak kto woli. To wielki komplement dla człowieka. Nie chcą tego widzieć hejterzy, życząc zmarłemu, by się smażył w piekle. Tak właśnie, słownie. Pomijam to.

Panie Grzegorzu, nawet nie wiedzieliśmy, jak Pana może brakować. W niedzielę jeszcze poszedł „Inny punkt widzenia”… Nie wiem z kim, bo byłam na koncercie na kępińskim rynku.

A poza tym tydzień pod znakiem żeglowania po Mazurach. Cichych tam, gdzie nie mają wstępu motorowodniacy, a prują wodę na wielu maszynach, na wielu bez uprawnień, bo nie trzeba. I znowu, jak dobrze na bindudze zapalić ognisko (wciąż można, wciąż są drzewa, drzewo do ogniska zostawia żeglarz żeglarzowi, czasami też „papierzaki” po toalecie w lesie, a można wszak użyć saperki!) Wciąż min. Szyszko nie wyrżnął lasów na Mazurach, Puszcza Piska żyje. Choć spotkałam żeglarza, który rozważał, by przykładem ministerialnym wziąć piłę elektryczną, by sobie naciąć drewek na ognisko, ale sam się „stuknął w głowę”. Jakże smakują kiełbaski z ogniska, cebula, chleb! Jakie bułki mają w Rucianym! I jakie ceny! Bo 30 zł u Faryja za minutę albo dobę parkowania, a sławojka i tak kosztuje 2 zł u uroczej babci to dużo. Od tłumów w Mikołajkach tradycyjnie lepiej z daleka…

Tydzień bez polityki i jej twarzy i odgłosów. Tydzień rozmów z przypadkowo napotkanymi pływającymi, z dzieciakami, z ojcami, z psiakami; rozmów pokojowych, ludzkich. I konstatacja, że już także na Mazurach coraz rzadziej łajba bez toalety i ogrzewania może się trafić, ale tych parę niewygód ja chcę zachować. Saperka, ognisko, pozbieranie śmieci, gorzałka, kurki na śniadanie w jajecznicy… Ot proste radości, a ile radości.

Tego życzę. To był mój tydzień. Zapamiętam dzięki Grzegorzowi Miecugowowi i mazurskim spotkaniom, jak ważna jest rozmowa i jak jest w zaniku umiejętność słuchania. A z muzyki… skończyło się tegoroczne „Męskie Granie”. I ktoś ładnie powiedział, że dziś jest inna natarczywość muzyki. A czeka nas natarczywość, owszem, wymuszonego festiwalu w Opolu, wieczór z „niewymuszoną lekkością i elegancją satyry” Jana Pietrzaka, tego od wyzywania ludzi od „gnid”. Nie będzie mnie na liście obecności widzów.

Dbajmy o to, by nie tylko się słyszeć, ale słuchać. I pięknie się nie zgadzać, różnić. I dalej rozmawiać.

Beata Dżon Ozimek