sobota, Listopad 16, 2019
Strona główna > Imprezy > WIEDEŃSKI JUBILEUSZ ELŻBIETY SIKORY

WIEDEŃSKI JUBILEUSZ ELŻBIETY SIKORY

Dlaczego  polska kompozytorka mieszkająca w Paryżu obchodzi uroczyście swe 75 urodziny w Wiedniu? To pytanie zadawała sobie bardzo krótko wiedeńska publiczność zebrana w centralnie położonej Alte Schmiede wieczorem 27 lutego 2019. Młody mistrz ceremonii na scenie wyjaśnił bowiem nam od razu przyczynę: polska jubilatka studiowała pół wieku temu nad Sekwaną z wiedeńczykiem Dieterem Kaufmannem oraz z Australijczykiem Geraldem Glynnem, mieszkającym nad Dunajem. Obaj koledzy Polki byli między innymi uczniami samego Oliviera Messiaena oraz Gottfrieda von Einem. Przyjaźń kompozytorów i kompozytorki trwa już pół wieku – jak podkreśla sama Elżbieta Sikora.

Elżbieta Sikora, urodzona w 1943 roku we Lwowie, była studentką między innymi u Pierre Schaeffera i Tadeusza Bairda. Ją i jej kolegów łączy jeden wspólny mianownik:  połączenie klasycznej kompozycji instrumentalnej z szeroko pojętą elektroniką jako czynnika wspomagającego sam akt twórczy. Ci kompozytorzy, uprawiający zupełnie nową estetykę dźwiękową, łączą zasadniczy profil instrumentów z wytworami aparatury elektronicznej. Rozszerza to niebotycznie zakres, wymiar oraz nowoczesny charakter muzyki udostępnionej potem publiczności.

A ta musi być przygotowana na zupełnie nieoczekiwane efekty, doznania, konfrontacje z zaskakującym kosmosem tzw. nowoczesnej muzyki poważnej. Koncepcją koncertu była przedstawienie przekroju dzieł (możliwości twórczych) Elżbiety Sikory. Dla kontrastu wprowadzono przykładowo po jednym utworze dwu przyjaciół: austriackiego i australijskiego. Ale wieczór zapoczątkowany został skomplikowanym strukturalnie utworem „Reflets irisés” E. Sikory. Słyszeliśmy nie tylko dźwięki fortepianu (Stefania Amisano), lecz równolegle dodatek elektroniczny: przemieszane nie artykułowane głosy, szumy, chichoty, zgrzyty, hałasy uliczne, osypywane szkło, itd. Całe tło foniczne jest zatem podwójne – wytwarzane przez widoczny instrument na scenie oraz wprowadzone niewidoczne tworzywo elektroniczne. Dominuje niepokój w samej materii. Tego rodzaju dzieło „dla uszu” kojarzy się z oglądaniem abstrakcyjnego obrazu („dla oczu”): pole interpretacji jest nader szerokie – a o to w sztuce chodzi!

Dramatycznie i cantabile zabrzmiał krótki utwór „Cadenza” na wiolonczelę (Maria Frodl) solo. Bez elektroniki dopatrzyć się można w dziełku strach przed nieznanym i atmosferę odkrywanych nowych lądów.

We wrześniu 2011 świat muzyczny przeżył premierę opery napisanej przez Elżbietą Sikorę. Chodzi oczywiście o „Madame Curie”. Polska kompozytorka oddała w swoim języku muzyki hołd wielkiej uczonej. Wielka pani profesor straciła w sposób nader tragiczny w wypadku drogowym swego męża, Pierre w Paryżu. Wysłuchaliśmy „Lamento”. Kończy ono pierwszy akt opery. Ten dramatyczny o wysokiej skali smutku 8-minutowy utwór wykonała brawurowo po polsku (język tej opery) Elisabeth Sykora, austriacka sopranistka urodzona w Tulln. Technicznie nader trudny utwór, przypominający psychologicznie o ciosach losu w życiu człowieka. Ostatnim dziełem dla mnie awangardowym jest „Trois tunnels et un arrêt”, czyli „Trzy tunele i jeden przystanek”. Jest to przerobione artystycznie nagranie hałasów trzech tuneli kolejowych w Brukseli. Słuchacz tego dzieła konfrontowany jest z wariacjami tematu (zatem baza jest klasyczna), rozpisanego na dźwięki bulwersujące uszy. Dochodzi do nas pukanie, stukanie, piski, trzaski, huki, które w finale zanikają, redukują się pesymistycznie. Giną, umierają. Elżbieta Sikora wyjaśniła, iż jest tu element terroryzmu. Nagrywała swój utwór w metro brukselskim. Wtedy akurat grupa terrorystyczna dokonała równoległych detonacji bomb, zabijając wiele niewinnych osób na przystankach. Tak to aktualna polityka dogoniła eksperymenty artystyczne w muzyce!

Jako koleżeński dodatek przedstawiono w repertuarze wieczoru po jednym utworze Geralda Glynna oraz Dietera Kaufmanna. Tego ostatniego utwór „Berceuse pour Piccoletto”, czyli „Kołysanka dla Piccoletto” to niesłychana ballada na wiolonczelę (Maria Frodl) i towarzyszenie elektroniki. Tytułowy bohater Picoletto zmarł tragicznie w wypadku samochodowym. Szedł po pizzę i przechodząc przez ulicę, stał się ofiarą nieuważnego kierowcy. Kompozytor wplótł do dzieła silną epicką nutę dziennikarstwa: komentarz radiowy o tym dramacie, niezrozumiałe głosy, plotki, płacz, „anielskie” głosy ze sfer niebiańskich, zapożyczając fragmenty z uznanych dzieł klasycznego repertuaru. W sumie poruszający uczucia artystyczny hołd dla zmarłego.

Ogólnie reasumując, było to pouczające spotkanie z nowoczesnymi formami estetyki muzycznej, wielokrotnie zaskakującej i stanowiącej kontrast do przyzwyczajeń szeroko pojętej publiczności, mającej na początku problemy z akceptacją eksperymentów formalnych.

Wiesław Piechocki, Wiedeń, luty 2019